Postanowiłem „popełnić” kilka wpisów dyskusyjnych, gdyż chwilowo mamy zastój w tematach związanych z rekrutacją do korpusu podoficerów i pokrewnych.
Zaznaczam, że przedstawiam swoje prywatne opinie na tym blogu… „i całkowicie się z nimi zgadzam”.
Na początek zdecydowałem się napisać o wojskowym kształceniu na odległość albo, jak to się zwykle nazywa, e-learningu. Taka forma kształcenia nie jest czymś nowym, stosuje się ją od bardzo dawna i nie ma potrzeby rozwodzenia się tutaj nad zarysem historycznym e-learningu.
O ile w świecie cywilnym kształcenie na odległość jest już bardzo powszechne i stosowane szeroko w różnych dziedzinach oraz poziomach edukacji, o tyle w wojsku polskim e-learning dopiero zaczyna zdobywać popularności. Co więcej, poszły już za tym pieniądze i etaty. Osobiście uczestniczyłem w odprawie poświęconej przyszłości e-learningu w szkolnictwie wojskowym w 2014 roku i tym bardziej się ucieszyłem jak w szkołach podoficerskich ruszyły kursy na odległość 6 lat później… Kolejnym takim moim doświadczeniem, był kurs, który odbywałem na odległość w wojsku był kurs na pewnej wojskowej akademii w Warszawie. Jedyne, co było na odległość, to to, że przez tydzień byłem w odległym od domu mieście. Musieliśmy siedzieć w salach przed komputerami i robić kurs z języka angielskiego.
Do napisania tego postu skłonił mnie artykuł przeczytany całkiem niedawno, a raczej wpis w mediach społecznościowych, z aktualnościami jednej jednostki wojskowej. Informacja dotyczyła prowadzonego tam kursu na odległość a na załączonym zdjęciu można było zobaczyć żołnierzy, którzy zgromadzeni zostali w jednej sali i siedzieli przed laptopami. Tutaj nie można powiedzieć, że nie był to kurs na odległość. Kursanci znajdowali się przecież w znacznej odległości od jednostki szkolnictwa, która taki kurs organizowała. Nie chcę wychodzić na kogoś, kto ciągle krytykuje, ale wydaje mi się, że zapędzenie kilku czy kilkunastu osób, do jednej sali, po to, aby się uczyli sami, z wykorzystaniem platformy e-learningowej jest mało efektywne.
Jest coś, co od wielu lat nie pozwala wojsku na upowszechnienie takiej formy kształcenia. Wydaje mi się, a jestem prawie pewny, że to mentalność… Zakorzenione, zwłaszcza u dowódców starej daty, przeświadczenie, że tylko tradycyjne metody nauczania/szkolenia/kształcenia się sprawdzają. Kto z żołnierzy nie pamięta tych sprawdzianów z instrukcji, regulaminów i doktryn… ? E-learning jakoś się chyba nie wpisuje w, owianą wątpliwą chwałą, instrukcję o działalności szkoleniowo metodycznej.
Jestem wielkim zwolennikiem kształcenia na odległość. W tej formie zrobiłem studia, zacząłem w 2008 od studiów licencjackich, a obecnie w takiej samej formie kończę studia podyplomowe, więc z własnego doświadczenia wiem jak to wygląda. Zdaję sobie sprawę, że wymaga to wiele samodyscypliny ale można się tego nauczyć. Tym bardziej nie potrafię zrozumieć, dlaczego tak opornie idzie z wprowadzaniem tego w wojsku.
Słyszałem wiele opinii samych żołnierzy na temat podnoszenia kwalifikacji przez Internet. Okazuje się, że zdania są podzielone i pojawiają się problemy zarówno po stronie kursantów jak i instytucji organizujących szkolenia.
Uważam, że ideą kształcenia na odległość z wykorzystaniem technologii informatycznych jest możliwość zdobywania wiedzy, a przez to podnoszenia kwalifikacji przez słuchaczy, w dowolnym miejscu i czasie oraz bez konieczności odrywania ich od obowiązków służbowych. To tak w uproszczeniu.
Zakładam, że chęć zdobywania wiedzy, odbywania kursów i szkoleń wynika z wewnętrznej potrzeby człowieka do rozwoju zawodowego. Jest więc w interesie szkolonego aby takie szkolenie rozpocząć i z powodzeniem ukończyć. Okazuje się jednak, że część osób, objętych szkoleniem e-learningowym oczekuje, że przełożony zapewni im czas i środki (komputer, łącze) po to, aby mogli zdobywać wiedzę na odległość. To brzmi tak, jakby uczyli się z przymusu i to dla przełożonego a nie dla siebie. Takie podejście, wypacza ideę e-learningu, tak samo jak organizowanie zbiorowej nauki własnej w sali komputerowej w jednostce wojskowej – zwłaszcza obecnie – kiedy wokół panuje pandemia.
Moim zdaniem, kursant powinien dostać dostęp do kursu i termin jego wykonania. Taki kurs można robić wieczorem w domu, w podróży, na misji, w pociągu, na komputerze, tablecie czy telefonie. Można sobie nawet wydrukować materiały. Żołnierz nie musi jechać na kurs, nie musi odrywać się od obowiązków służbowych, nie musi opuszczać domu na wiele tygodni czy miesięcy. Nie generuje to takich kosztów jak kursy „wyjazdowe”. Same korzyści.
Jest jeszcze jeden (kolejny) problem. Zabezpieczenie w sprzęt i ludzi do tworzenia i prowadzenia takich kursów. A jestem przekonany, że jednego i drugiego brakuje. Wiem ile pracy trzeba włożyć do opracowania i wdrożenia takiego kursu, porządnego kursu (animacje komputerowe, symulacje i filmy szkoleniowe)… to temat na osobny artykuł.
Zdaję sobie sprawę, że wdrożenie e-learningu to koszty. Ale to są też oszczędności. Mam nadzieję, że powoli, zarówno decydenci jak i kursanci, zaczną dostrzegać zalety tej formy doskonalenia zawodowego. Może warto byłoby zachęcić żołnierzy do podjęcia e-learningowych studiów na uczelniach cywilnych i zacząć inwestować w kapitał ludzki poprzez zwrot kosztów dla szerszego niż obecnie grona. Może warto skorzystać z możliwości jakie daje outsourcing i przenieść ciężar opracowania takich kursów na firmy zewnętrzne, które zatrudnią specjalistów, na przykład spośród byłych żołnierzy i zajmą się opracowywaniem i wdrażaniem tychże kursów?
Bardzo proszę o konstruktywne opinie w komentarzach. Zachęcam też do pisania propozycji o czym chcieli byście przeczytać na moim blogu.
Wielkie dzięki za to co robisz na tym blogu. Dobra robota 🙂
Dziękuję bardzo.
Cześć.
Odnosząc się do Twojego wpisu zrodziło się w mojej głowie jedno pytanie:
– czy nie uważasz, że ”tradycyjne nauczanie” (prowadzący w sali, możliwość zadawania pytań, prowadzenie dyskusji) nie jest mimo wszystko lepszym rozwiązaniem (abstrahując od obecnej sytuacji)? Wychodzę z założenia, że uczeń lepiej chłonie wiedzę w wyżej wymieniony sposób.
Pozdrawiam i życzę zdrowia w tych trudnych czasach.
Tradycyjne owszem. Jest lepsze. Ale ja piszę o nauczaniu na odległość ze względu na korzyści jakie niesie za sobą.
Nauczanie na odległość technicznie jest najlepszym i najbardziej uniwersalnym sposobem, pod warunkiem że jest się na robocie wtedy kiedy trzeba.
Mam na myśli klonowanie ludzi na służby itd. przez oddelegowania na kursy językowe półroczne, na które 90% ludzi idzie bo chcą odpocząć albo dotrwać do końca kontraktu. Nie wspominając już o kursach „doskonalących”, po co to jest?
Kto służył bądź służy na pododdziałach liniowych wie o czym mówię. Commendante byłeś więc wiesz 🙂
Pozdrawiam
No jak ktoś chce się szkolić, zdobywać „odznaki” uzupełniać CV itd. to e learning jest super rozwiązaniem. Z „linii” też chyba można się doskrobać do paru kursów – trzeba być trochę pro aktywnym i pochodzić za tym.
Z tym też jest różnie, na kpzmot w której służyłem pojechanie na egzamin z języka jest równoznaczny z dezercją.
„na Twoim etacie język nie jest wymagany”
Witam mam nietypowe pytanie, czy jeśli mam przebytą chorobę ale już wyłączona ( padaczka ). Miałem napad i po okresie 3 lat bez napadu wszystko jest dobrze. Mam szansę zostać przyjętym do wojska czy jest z góry skreślony z listy. Dziękuję za odpowiedź
Pytanie trochę nie w temacie i przeznaczone raczej do lekarza niż do mnie. Nie wypowiadam się na tematy medyczne. Jak na moją diagnozę przez klawiaturę to Kategoria D.